Historia dnia: w końcu zwycięstwo w finale

Myślę, że nie ma sensu jakoś bardzo ukrywać wyniku na początku artykułu, większość czytelników i tak już pewnie sprawdziła/obejrzała skrót i wie, jak skończyło się Game 2. Ale tak, oficjalnie możemy powiedzieć, że organizacja z siedzibą w St. Louis po raz pierwszy wygrała mecz w finale Pucharu Stanleya mimo tego, że to już czwarty raz kiedy znaleźli się na tym poziomie. Do tego historycznego zwycięstwa potrzebne było 14 prób. Co ciekawe bramka dająca pierwsze zwycięstwo jest również pierwszą bramką w play-off w karierze 32-letniego obrońcy Carla Gunnarssona.

Powtórka dnia: Game 2 jak Game 1, czyli lustrzane odbicie

Oglądając mecz tej nocy miałem wrażenie, że już gdzieś to widziałem. Kiepski początek jednej z drużyn, odwrócenie wyniku na skutek dobrej taktyki i konsekwencji w grze zwieńczone zwycięstwem w ciasnym meczu? Ktoś coś? Czyż nie tak właśnie wyglądało Game 1? Game 1 i 2 tegorocznych finałów były do siebie bardzo podobne, sęk jednak w tym, że drużyny zamieniły się stronami.

Całe spotkanie zaczęło się od drobnej wpadki organizatorów – pojawiły się problemy z nagłośnieniem, przez co spotkanie zostało nieco opóźnione. Problemy nadal występowały, tradycyjne odśpiewanie hymnu przez Todda Angilly’ego nie było więc odpowiednio głośne, na szczęście pomogli kibice obu drużyn:

Pierwsza tercja zaczęła się od twardej gry obu drużyn, jednak przez pierwsze 10 minut to hokeiści Nutek grali więcej krążkiem – na dobrej pozycji znalazł się między innymi w trzeciej minucie Pat Maroon, ale nie trafił czysto w krążek. Chwilę później mieliśmy ładny najazd na bramkę młodego Sammy’iego Blaisa, poprzedzony objechaniem Toreya Kruga, jednak chłopak trochę za bardzo się zapędził i mocno wpakował się w Tuukkę Raska, za co został odprowadzony do boksu kar.

Moim zdaniem Blais zagrał niezłe spotkanie, ale w tym momencie raczej nie było mu zbyt wesoło, bowiem Bostończycy, który przez pierwsze 5 minut grali raczej transition hockey, mieli pierwszą grę w przewadze w tym meczu, a gry w przewadze Boston akurat potrafi wykorzystywać (najlepsi w tej statystyce w tegorocznych playoffach – 31,7 %). Częste odsyłanie do boksu było zresztą jednym z czynników, który pogrążył hokeistów z Missouri w poprzednim spotkaniu i chórem zapowiadali w wywiadach przed Game 2, że wyeliminują ten element. No cóż, nie do końca się udało.

Boston jednak grał początek przewagi dosyć niechlujnie, zawodnicy Nutek zabili już prawie połowę kary, wyjechali do tercji neutralnej i stracili krążek. Torey Krug dostał krążek we własnej tercji i świetnym podaniem uruchomił Davida Pastrnaka, ten oddał Jake’owi DeBruskowi, obrońcy Nutek pogubili się kompletnie, podwoili krycie i w sytuacji sam na sam z bramkarzem, na wysokości bulików, znalazł się Charlie Coyle, który strzałem po lodzie w five-hole otworzył wynik spotkania.

Bardzo dobry przegląd pola Toreya Kruga, który złapał hokeistów St. Louis na zmianie podaniem przez pół tafli, a nie może dopisać do swojego konta nawet asysty drugiego stopnia. Tak na marginesie – to był pierwszy strzał Bruins na bramkę Binningtona.

Po tym goli obie drużyny wróciły do wcześniej obranych taktyk – Boston zagęszczał środek, czaił się na kontrę, podopieczni Craiga Berube natomiast zakładali zamki (a przynajmniej próbowali), ale jakoś niespecjalnie gra im się kleiła (może dzięki dobrej postawie Bostonu w defensywie). Aż tu nagle w 11 minucie spotkania gol „z niczego” Roberta Bortuzzo.

Na początku sędziowie mieli jakieś wątpliwości, prawdopodobnie zobaczyli jakimś sposobem, że Pat Maroon nieprzepisowo przeszkadzał Raskowi, wjeżdżając w jego pole bramkowe, jednak szybko gol został uznany i przy okazji zaczęły się drobne spięcia między zawodnikami obu drużyn.

Szybko, bo 40 sekund później Boston odpowiedział niemal identycznym golem jak ten Coyla w przewadze, z tym że teraz w grze 5-na-5, a strzelcem był Joakim Nordstrom. Zwróćcie uwagę jak źle przy golu Nordstroma zachował się David Perron, który próbował rozgrywać krążek we własnej tercji obronnej mając blisko siebie dwóch przeciwników.

Przez te 10-11 minut wyglądało na to, że Niedźwiedzie mają mecz pod kontrolą, będą regularnie „kasować” przeciwników w obronie tak, jak dotąd świetnie im to wychodziło (przez ten czas hokeiści St. Louis mieli może ze dwie naprawdę dobre sytuacje strzeleckie, reszta to strzały z daleka bez odpowiedniej pracy na bramkarzu lub z niewygodnych kątów). Do tego będą dokładać forechecking i zabójcze kontry, no plan idealny.

Mówiąc kolokwialnie „coś nie pykło”. Boston zaczął grać bardziej fizycznie, grindować w tercji ataku, zakończyło się to stratą, rajdem Tarasenki i golem dającym nadzieję fanom klubu z Missouri. Przy golu interweniować próbował Chara, który przegrał pojedynek szybkościowy, ale wykorzystał zasięg swojego dużego kija i długich ramion, nawet udało mu się zablokować pierwszy strzał, dobitki jednak nie opanował ani on, ani Rask.

Tym golem „Tank” przedłużył swój play-offowy streak z przynajmniej punktem na koncie do ośmiu meczów z rzędu, goni również Jadena Schwartza w zdobytych bramkach (aktualnie 10).

Za punkt zwrotny

w pakiecie premium

Darmowy fragment za Tobą

Wszystko w NHL zasługuje na szerszy komentarz

Odblokuj pełny tekst, inne analizy redakcji, felietony i archiwum NHL w PL. To nasze hobby, ale także praca, wesprzyj nasze działania.

Czytaj dalej z abonamentem
  • Dłuższe teksty i komentarze po najważniejszych wydarzeniach NHL
  • Analizy kontraktów, transferów, play-offów i klubowych decyzji
  • Dostęp do treści premium oraz archiwum serwisu
  • To, co robimy, możesz prześledzić w sekcji darmowych tekstów

Wybierz pakiet, aby przejść do zamówienia.

Przelew tradycyjny86291000060000000003362403BLIK na numer: 787 323 787W tytule podaj wybrany abonament i adres e-mail.