Są różne metody ewaluacji napastników w NHL. Większość uwzględniają statystyki – mniej bądź bardziej zaawansowane. Nie każdy musi lubować się w corsi, dlatego wciąż niezawodnym miernikiem będzie ludzkie oko, czyli zwykły eye test. W ostatecznym rozrachunku próżno szukać jednego, złotego sposobu – lepiej wziąć po trochu z tego i tamtego, a nade wszystko nie ograniczać się do sztywnych schematów, wykresów, tabelek, zabijających radość z oglądania zawodnika w akcji.
Istnieje pewna frapująca koncepcja mająca na celu odróżnienie zawodnika oszałamiającego od „tylko” bardzo dobrego: posiadanie w dorobku stupunktowego sezonu. Koncepcja o tyle frapująca, co durna zarazem. Przypuśćmy, że gracz A notuje kampanię ze 103 punktami i cztery kolejne z 75. Z kolei gracz B raz zdobywa 75 oczek, a czterokrotnie 99. Ignorując ich pozostały (nie mierzony w punktach) wkład w sukces drużyny, gracz B statystycznie zdecydowanie wygrywa, choć nie dostąpił zaszczytu przekroczenia tej magicznej bariery trzech cyferek.
Liczba 100 pobudza wyobraźnię kibica NHL. Mając do dyspozycji 82 spotkania rundy zasadniczej (niezmiennie od sezonu 1995/96), zdobywanie równo punktu na mecz nie wystarczy – gdzieś w trakcie trzeba rozlokować brakujących 18. Wyzwanie tylko dla wybrańców.
Wybrańców przybywa
w pakiecie premiumDarmowy fragment za Tobą
Wszystko w NHL zasługuje na szerszy komentarz
Odblokuj pełny tekst, inne analizy redakcji, felietony i archiwum NHL w PL. To nasze hobby, ale także praca, wesprzyj nasze działania.
Czytaj dalej z abonamentem- Dłuższe teksty i komentarze po najważniejszych wydarzeniach NHL
- Analizy kontraktów, transferów, play-offów i klubowych decyzji
- Dostęp do treści premium oraz archiwum serwisu
- To, co robimy, możesz prześledzić w sekcji darmowych tekstów
Wybierz pakiet, aby przejść do zamówienia.

Komentarze pod tekstem