„The Great One”, „Mr. Hockey”, „Super Mario”… Każdy z kibiców hokeja doskonale wie, o kim mowa. Historia NHL to jednak również dziesiątki graczy, których przydomki są być może nieco mniej znane, ale ze względu na ich wyjątkowość warto chociaż część z nich przypomnieć. Część pierwsza dotyczyć będzie bramkarzy i obrońców!
Ogórek z Chicoutimi
Bramkarze hokejowi niemal od zawsze mogli liczyć na pomysłowość kolegów z drużyn, kibiców oraz dziennikarzy. Dzięki jednemu z tych ostatnich Georges Vezina został zapamiętany nie tylko jako bramkarska legenda hokeja na lodzie i patron najważniejszej nagrody dla ligowych golkiperów, ale również jako „The Chicoutimi Cucumber” („le Concombre de Chicoutimi”). Zawsze podkreślano niesamowity, stoicki wręcz spokój Veziny w bramce, co szybko znalazło odzwierciedlenie w jednej z publikacji, gdy przy nazwisku golkipera Canadiens pojawiło się określenie „cool as a cucumber”, co można tłumaczyć jako wyjątkowe opanowanie. Tym samym, legendarny golkiper stał się „ogórkiem z Chicoutimi”.
Na drugim biegunie, jeśli spojrzymy na przebieg zawodowej kariery, jest postać Steve’a Buzinskiego. W latach 40. XX wieku zastąpił na raptem kilka spotkań znakomitego Jima Henry’ego w bramce New York Rangers (gdy ten udał się na front). Buzinski okazał się kiepskim zmiennikiem, broniąc bardzo słabo i tracąc średnio niemal 6 goli na mecz. Jego przygoda z NHL zakończyła się po 9 spotkaniach, a do niego samego przylgnął przydomek „The Puck Goes Inski”, którego specjalnie nie trzeba tłumaczyć. Sam zawodnik po latach przyznał, że nie kojarzy, by w trakcie jego krótkiej kariery ktokolwiek tak go nazwał, a za najprawdopodobniejszego autora tego określenia uchodzi obecnie Stan Fischler, znakomity nowojorski dziennikarz sportowy, który miał tak nazwać Buzinskiego w jednej z publikacji dopiero w latach 70. minionego wieku.

Lwotygrys
W tym też okresie na lodowiskach NHL pojawił się Gilles Gratton, stając najpierw między słupkami bramki Blues, a następnie Rangers. Choć w lidze wystąpił niespełna 50 razy, to jednak dzięki swojej niesamowitej masce, ale i ekscentrycznej osobowości na długo pozostał w pamięci sympatyków hokeja. Był nieobliczalny – w trakcie występów w WHA potrafił nawet obrzucić obelgami fanów zespołu rywali przed spotkaniem fazy playoff. Kolegom z zespołu opowiadał o tym, że w swoim poprzednim wcieleniu był żołnierzem Hiszpańskiej Inkwizycji, odpowiedzialnym m.in. za ukamienowanie wielu ludzi, a teraz musi to odpokutować, broniąc dziesiątki uderzeń krążków lecących w jego stronę.
Innym razem miał odmówić występu z uwagi na niewłaściwą pozycję księżyca na mapie nieba; podobno parał się astrologią, a na jego masce widniała postać drapieżnego kota, dla jednych lwa – znak zodiaku, pod jakim urodził się Gratton, dla innych zaś było to tygrys. Takie szalone historie oraz uznana za jedną z kilku najstraszniejszych w historii maska bramkarska sprawiły, że stał się „Gratoony the Loony” i pozostał nim do dzisiaj, publikując nawet autobiografię pod takim właśnie tytułem.
Kobra
w pakiecie premiumDarmowy fragment za Tobą
Wszystko w NHL zasługuje na szerszy komentarz
Odblokuj pełny tekst, inne analizy redakcji, felietony i archiwum NHL w PL. To nasze hobby, ale także praca, wesprzyj nasze działania.
Czytaj dalej z abonamentem- Dłuższe teksty i komentarze po najważniejszych wydarzeniach NHL
- Analizy kontraktów, transferów, play-offów i klubowych decyzji
- Dostęp do treści premium oraz archiwum serwisu
- To, co robimy, możesz prześledzić w sekcji darmowych tekstów
Wybierz pakiet, aby przejść do zamówienia.

Komentarze pod tekstem