Debiut dnia: Nowy król nie dał rady, choć zabrakło olimpijczyków

Artiemij Panarin miał wreszcie przenieść królów ze stolicy rozrywki na szczyt hokejowej hierarchii. Kopitar, Kempe i Panarin: trójca, która na papierze brzmi jak gotowy przepis na dobre wyniki. W środę wieczorem ten przepis spalił się w pierwszym kontakcie z rzeczywistością, i to w okolicznościach, które powinny były sprzyjać debiutującemu w barwach Los Angeles supergwiazdorowi.

Wyniki meczów NHL z środy:

New Jersey Devils – Buffalo Sabres 1:2
Washington Capitals – Philadelphia Flyers 3:1
Tampa Bay Lightning – Toronto Maple Leafs 4:2
Dallas Stars – Seattle Kraken 4:1
Utah Mammoth – Colorado Avalanche 2:4
Los Angeles Kings – Vegas Golden Knights 4:6
Vancouver Canucks – Winnipeg Jets 2:3ot
Anaheim Ducks – Edmonton Oilers 6:5

Golden Knights wystawili bowiem skład, który bardziej przypominał spotkanie przedsezonowe niż pojedynek o punkty w regularnej części sezonu. Pięciu kluczowych zawodników: kapitan Mark Stone, skrzydłowy Mitch Marner i obrońca Shea Theodore – zostało w Las Vegas, regenerując się po olimpijskim finale. Z kolei Jack Eichel i Noah Hanifin zamiast prosto z Mediolanu do szatni trafili najpierw do Waszyngtonu, gdzie we wtorek uczestniczyli w orędziu prezydenta do narodu, bo w końcu złoty medal olimpijski zobowiązuje do pewnych ceremonialnych obowiązków. Trener Bruce Cassidy liczył, że cała piątka dołączy do drużyny dopiero na piątkowy mecz ze stolicą. Mówiąc wprost: Knights zagrali w dużej mierze daleką rotacją.

Panarin zabrał się do roboty z właściwą sobie pompą: pierwszego punktu w barwach Kings doczekał się zresztą w sposób, który doskonale oddaje kapryśną naturę hokeja: krążek wpadł do bramki po łyżwie własnego kolegi, Quinntona Byfielda. Symbol nieprzypadkowy. Trójca Kopitar–Panarin–Kempe rzeczywiście błysnęła łącznie zapisali na koncie efektowną bramkę, potwierdzając, że potencjał tej formacji jest autentyczny i naprawdę duży.

Wchodząc na przerwę po drugiej tercji z prowadzeniem 2:1, Kings mieli wszelkie podstawy, by czuć się kontrolerami sytuacji. Tymczasem cztery minuty i 14 sekund trzeciej tercji wystarczyło Vegas, by wywrócić stolik. Colton Sissons, Brandon Saad i Reilly Smith nazwiska, których próżno szukać na olimpijskich podium zdemolowali bramkę rywali i przestawili wynik na 4:2. Pawieł Dorofiejew dorzucił dwa gole, w tym jednego w przewadze, a Iwan Barbaszew domknął sprawę trafieniem do pustej bramki. Ostatecznie 6:4.

Adin Hill bramkarz, który przez pół sezonu leczył kontuzję i po powrocie zbierał cięgi za chwiejną dyspozycję zatrzymał zaledwie 15 strzałów, ale to wystarczyło. Knights odnieśli trzecie zwycięstwo z rzędu i umocnili się na czele Dywizji Pacyfiku, powiększając przewagę nad Oilers do czterech punktów. Los Angeles zaś dostało pierwszą odpowiedź na pytanie: czy nowy król zdoła zasiąść na tronie? Na razie nie. Choć sezon, jeszcze długi.

Pudło dnia: Na olimpijskim kacu

w pakiecie premium

Darmowy fragment za Tobą

Wszystko w NHL zasługuje na szerszy komentarz

Odblokuj pełny tekst, inne analizy redakcji, felietony i archiwum NHL w PL. To nasze hobby, ale także praca, wesprzyj nasze działania.

Czytaj dalej z abonamentem
  • Dłuższe teksty i komentarze po najważniejszych wydarzeniach NHL
  • Analizy kontraktów, transferów, play-offów i klubowych decyzji
  • Dostęp do treści premium oraz archiwum serwisu
  • To, co robimy, możesz prześledzić w sekcji darmowych tekstów

Wybierz pakiet, aby przejść do zamówienia.

Przelew tradycyjny86291000060000000003362403BLIK na numer: 787 323 787W tytule podaj wybrany abonament i adres e-mail.