Życie niechybnie kończy się śmiercią – fakt to znany, choć rzadko akceptowany. Pożegnanie z tym światem czeka każdego z nas i niestety nie zawsze mamy wpływ na styl, w jakim przyjdzie nam zejść z lodu. Byli bohaterowie ratujący dzieci spod kół pociągu i tacy, którzy woleli cyjanek od niewoli. Byli też tacy, którzy metaforycznie nadepnęli na grabie, będąc w stanie wskazującym. W hokejowym świecie absurdalnych zgonów nie brakowało. Jak można kochać lód i jednocześnie zginąć w sposób, który budzi uśmiech politowania? Oto kilka recept:
Autorzy: Ruszel / Kolasiński
To dobry dzień, by umrzeć
Nagrody imienia Darwina są popularne od wielu, wielu lat. Człowiek, który skoczył na bungee ze zbyt długą liną, starzec, który zginął, ponieważ jego łysa głowa przypominała orłu kamień, o który postanowił roztrzaskać żółwia czy wreszcie gość, któremu genialnym pomysłem wydał się windsurfing podczas huraganu, a którego ciało wiatr rzucił kilka kilometrów wgłąb lądu. To wszystko nic, gdy do gry wejdzie jeszcze kask, łyżwy – a przynajmniej miłość do ukochanej dyscypliny mężczyzn z poważnymi deficytami zębów.
Włókno węglowe – bilet w jedną stronę
Andrew Gidillini na własnej skórze przekonał się, że postęp technologiczny ma swoją mroczną cenę, a Electrical Safety Authority musiała oficjalnie przypomnieć narodowi, że nowoczesny kij hokejowy to de facto antena na pioruny. Postęp technologiczny w hokeju idzie w parze z brutalną selekcją naturalną. Kiedyś kije były drewniane, co poza drzazgami w dłoniach zapewniało względne bezpieczeństwo w kontakcie z fizyką. Jednak współczesne kije kompozytowe z włókna węglowego, choć lekkie i sprężyste, mają jedną ukrytą funkcję: przewodzą prąd lepiej niż miedziany drut w Twoim gniazdku.
Przekonał się o tym pewien młody adept hokeja z Ontario, który uznał, że jego kij to doskonałe narzędzie do „pobawienia się” zwisającym kablem linii wysokiego napięcia. Chłopak prawdopodobnie chciał sprawdzić, czy uda mu się strzelić „slapshota” samym prądem, ale natura była nieubłagana. Zamiast do bramki, energia trafiła prosto w jego układ nerwowy, zamieniając hokeistę w najdroższy i najbardziej jednorazowy piorunochron w okolicy. To cenna lekcja dla wszystkich: jeśli Twój sprzęt kosztuje tyle, co używany samochód, nie oznacza to, że czyni Cię nieśmiertelnym – zwłaszcza w starciu z kilkunastoma tysiącami woltów i zerową wiedzą z zakresu elektrostatyki.
A pocałujcie misia w… wodzie
w pakiecie premiumDarmowy fragment za Tobą
Wszystko w NHL zasługuje na szerszy komentarz
Odblokuj pełny tekst, inne analizy redakcji, felietony i archiwum NHL w PL. To nasze hobby, ale także praca, wesprzyj nasze działania.
Czytaj dalej z abonamentem- Dłuższe teksty i komentarze po najważniejszych wydarzeniach NHL
- Analizy kontraktów, transferów, play-offów i klubowych decyzji
- Dostęp do treści premium oraz archiwum serwisu
- To, co robimy, możesz prześledzić w sekcji darmowych tekstów
Wybierz pakiet, aby przejść do zamówienia.

Komentarze pod tekstem