Liga kocha i cierpi z powodu klauzul transferowych. Krótka lista, długi kontrakt i jeden telefon od agenta, który potrafi wywrócić sezon do góry nogami.
Steve Yzerman odebrał w czerwcu telefon, którego chyba nikt w Detroit się nie spodziewał. Nie od dziennikarza, nie od kolegi z innego klubu, tylko od agenta Dylana Larkina, który krótko poinformował, że jego klient chce zmienić otoczenie. Kapitan, przy którym menedżer Red Wings budował drużynę od lat, w jednej chwili zamienił się z aktywa w problem do rozwiązania. I dokładnie o tym jest ten felieton: liga, która uwielbia rozdawać zawodnikom klauzule transferowe jak cukierki na Mikołaja, coraz częściej dziwi się, że ktoś te cukierki zjada w najgorszym możliwym momencie.
Mechanizm jest prosty jak konstrukcja szczypiec do raków, a boli jak złamany nadgarstek. Klub podpisuje z gwiazdą kontrakt na siedem, osiem lat, wart dziesiątki milionów dolarów, i w zamian oferuje pełną klauzulę no-trade albo no-move. Zawodnik śpi spokojnie, bo wie, że nikt go nie wywiezie do innego miasta bez pytania o zdanie. Tylko że ta sama umowa działa naprawdę tylko w jedną stronę. To trochę jak dawna polska umowa o pracę na czas nieokreślony: pracodawcę związano przepisami po ręce i nogi, a pracownik w każdej chwili mógł złożyć wypowiedzenie i wyjść z biura z pudełkiem po butach pod pachą. W NHL jest podobnie. Kontrakt chroni gwiazdę przed klubem, ale nic nie chroni klubu przed gwiazdą, która pewnego dnia postanowi, że jednak wolałaby pograć gdzie indziej.
Najlepszym dowodem jest historia Brady’ego Tkachuka. Jeszcze pod koniec kwietnia zapewniał kibiców Ottawy, że zostaje na dobre i na złe. Sześć tygodni później siedział już na konferencji w barwach Florydy, obok brata Matthew, a Steve Staios musiał tłumaczyć się z transakcji, w której Senators wzięli za swojego kapitana kilka pierwszych rund draftu. Brzmi nieźle, dopóki nie doda się jednego szczegółu: klauzula no-move pozwoliła Tkachukowi ograniczyć listę potencjalnych kierunków do zaledwie czterech klubów. Zamiast aukcji z udziałem całej ligi, Ottawa dostała jednego realnego kupca i musiała się zgodzić na jego warunki. To nie jest wolny rynek. To zakupy w jedynym sklepie osiedlowym, w którym z góry wiadomo, że nic tańszego się nie kupi, bo i tak nie ma dokąd pójść.
Taniej się nie dało.
Detroit przeżywa wersję tego samego dramatu, tylko w
w pakiecie premiumDarmowy fragment za Tobą
Wszystko w NHL zasługuje na szerszy komentarz
Odblokuj pełny tekst, inne analizy redakcji, felietony i archiwum NHL w PL. To nasze hobby, ale także praca, wesprzyj nasze działania.
Czytaj dalej z abonamentem- Dłuższe teksty i komentarze po najważniejszych wydarzeniach NHL
- Analizy kontraktów, transferów, play-offów i klubowych decyzji
- Dostęp do treści premium oraz archiwum serwisu
- To, co robimy, możesz prześledzić w sekcji darmowych tekstów
Wybierz pakiet, aby przejść do zamówienia.

Komentarze pod tekstem